E-zwolnienia lekarskie stopniowo będą zastępować druki L4.

Tradycyjne druki L4 zaczną znikać. Dzięki zmianie przepisów zwolnienia lekarskie będą mogły być wystawiane także w formie elektronicznej. Popularne L4 tego samego dnia trafi do skrzynki podawczej ZUS, a stąd do pracodawcy. Do końca 2017 r. honorowane będą zarówno e-zwolnienia, jak i dotychczasowe zwolnienia w formie papierowej. W założeniach zmiany mają zmniejszyć skalę fałszywych zaświadczeń chorobowych. ZUS i przedsiębiorcy liczą na oszczędności, a lekarze ze względu na dodatkowe obowiązki krytykują zmiany.

? Z ubolewaniem stwierdzam, że to brak zaufania do lekarzy skutkował wprowadzeniem nowych przepisów dotyczących sposobu wystawiania zwolnień. ZUS chce mieć natychmiast informacje o wystawionym zwolnieniu lekarskim, które należy przesłać drogą elektroniczną jeszcze tego samego dnia ? mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej

Chodzi o przyjętą przez rząd 30 września nowelizację ustawy o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa oraz niektórych innych ustaw. Głównym punktem zmian jest wprowadzenie elektronicznego systemu zaświadczeń lekarskich o czasowej niezdolności do pracy. Reforma zakłada rezygnację z przesyłania papierowych dokumentów do ZUS i pracodawcy, co ma skrócić czas wystawiania dokumentu przez lekarza oraz usprawnić przeprowadzenie kontroli właściwego wykorzystania zwolnienia przez pracownika. W latach 2015-2017 będzie obowiązywać okres przejściowy, czyli nadal będą honorowane druki papierowe. Natomiast od 2018 r. zwolnienia lekarskie będą przyjmowane wyłącznie w formie elektronicznej.

? Pamiętajmy o tym, że system powinien być spójny, czyli powinno funkcjonować e-zdrowie, e-recepta, e-zwolnienie itd. Częściowa reforma systemu powoduje dodatkowe obciążanie pracą biurokratyczną lekarza i zabieraniem czasu, który powinien być poświęcony chorym, a nie ZUS-owi ? zaznacza Hamankiewicz.

Zdaniem prezesa NRL w konsekwencji lekarze będą mieli dodatkowy obowiązek, czyli konieczność samodzielnego wprowadzenia danych do systemu komputerowego, za który nie będą otrzymywać dodatkowego wynagrodzenia.

? W procedurach związanych ze zwolnieniami chorobowymi dzisiaj niekiedy pomagają pielęgniarki, choć odpowiedzialność w całości ponosi lekarz, który podpisuje się pod drukiem zwolnienia i przybija pieczątkę ? tłumaczy Hamankiewicz.

Jak podkreśla, skala nadużyć związanych ze zwolnieniami nie jest na tyle duża, by podejmować takie kroki.

? To jak wyciągnięcie rakiet kosmicznych przeciwko incydentom, które siłą rzeczy wszędzie się mogą zdarzać. Uruchamianie takiego systemu po to, żeby wyłapać kilku nieuczciwych, jest chyba przesadą ? mówi prezes NRL.

Dla przykładu, jak wynika z badań agencji zatrudnienia Work Service, w 2011 r. pracownicy byli na zwolnieniu lekarskim 140 mln dni, co kosztowało ZUS 18,2 mld zł. Zdaniem ekspertów część zwolnień chorobowych jest napisanych na wyrost, o czym świadczy kwota 150 mln w 2011 r., którą urzędnicy ZUS zaoszczędzili poprzez cofnięcie pracownikom popularnego L4.

Maciej Hamankiewicz wątpi jednak w potencjalne korzyści i oszczędności wynikające ze zmian.

? Widzimy przeciwną sytuację, czyli całą rzeszę chorych, którzy nie chcą otrzymać zwolnienia, bo boją się utraty pracy. Ci nasi podopieczni budzą większy niepokój ? mówi lekarz.

Jak tłumaczy Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, problem leży gdzie indziej ? pracownicy chodząc do pracy w chorobie, niepotrzebnie zarażają innych. Poza tym ich nieleczona choroba często przechodzi w stan wymagający większych nakładów, dłuższego zwolnienia i poważniejszych leków.

? To jest zjawisko, którego 20 lat temu nikt nie był w stanie zaobserwować. Dzisiaj to powszechniejsze od jakichkolwiek nadużyć ? zauważa Hamankiewicz.

Po nowym roku najważniejszymi indeksami na GPW będą WIG20, mWIG40 i sWIG80

Po szerokich konsultacjach z uczestnikami rynku zarząd GPW zadecydował, że od początku 2015 r. WIG20 będzie nadal najważniejszym indeksem warszawskiej giełdy. Mimo że giełda utrzyma WIG30 w celu promocji wśród inwestorów dodatkowych spółek, to głównym indeksem, na którym będą oparte instrumenty pochodne i strukturyzowane, będzie WIG20.

? Indeks WIG30 nadal będzie obliczany przez giełdę, natomiast zaprzestajemy publikacji indeksów WIG50 i WIG250, czyli indeksów spółek średnich i małych związanych z tym indeksem ? mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Wiśniewski, przewodniczący Komitetu Indeksów Giełdowych Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. ? Ważną zmianą w przypadku indeksu WIG30 jest to, że jego wartości będą podawane co minutę od rozpoczęcia do zakończenia sesji, a nie jak teraz co 15 sekund.

W drugiej połowie 2013 roku poprzednie władze giełdy ogłosiły, że zamierzają wprowadzić nowe indeksy, co miało ożywić rynek. Okazało się jednak, że uczestnicy wolą te dotychczas publikowane.

? We wrześniu giełda przeprowadziła gruntowne konsultacje z szerokim kworum uczestników rynku ? informuje Tomasz Wiśniewski. ? Inwestorami krajowymi, zagranicznymi, instytucjami finansowymi, inwestorami indywidualnymi oraz animatorami i zarządzającymi funduszy inwestycyjnych. W wyniku tych konsultacji uzyskaliśmy odpowiedź, że dla tych uczestników WIG20 i mWIG40 są zdecydowanie lepszym wskaźnikiem do konstrukcji instrumentów finansowych.

Od stycznia powróci także na stałe indeks małych spółek sWIG80.

? Wraca indeks spółek najmniejszych, sWIG80, który był liczony do marca 2014 roku, przez 2014 rok był liczony jako indeks MiS80 ? zapowiada przewodniczący Komitetu Indeksów Giełdowych Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. ? Teraz płynnie wracamy do tego indeksu, a więc wartości, które w przypadku tego indeksu były podane, będą danymi historycznymi indeksu sWIG80.

Indeksy WIG20 i WIG30 nadal będą publikowane, znikną natomiast od stycznia powiązane z tym ostatnim indeksy spółek średnich i małych, czyli WIG50 i WIG250.

2014 rok rekordowo dobry dla deweloperów. Przyszły rok nie powinien być gorszy

Pod względem liczby sprzedanych mieszkań na deweloperskim rynku pierwotnym ten rok będzie rekordowy. W przyszłym roku jest szansa na powtórzenie tego wyniku. Eksperci oczekują rosnącej stopniowo podaży i trochę mniejszego popytu. Sytuacji nie powinien pogorszyć wymóg 10-proc. wkładu własnego, a wspomagać będzie program Mieszkanie dla Młodych.

? Wiele wskazuje na to, że ten rok pod względem liczby mieszkań sprzedanych na rynku pierwotnym w Polsce będzie rekordowy ? mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz, dyrektor działu badań i analiz rynku firmy REAS. ? Z całą pewnością jesteśmy w górnej fazie cyklu, jeśli chodzi o popyt, za którym idzie podaż wraz z mieszkaniami wprowadzonymi do sprzedaży. Mamy już za sobą moment równowagi, czyli zrównoważenia liczby sprzedanych lokali i wprowadzanych w danym okresie na rynek, ale wciąż jesteśmy bardzo blisko tego punktu.

Według Głównego Urzędu Statystycznego po trzech kwartałach br. w całym kraju oddano do użytku 100 138 mieszkań, czyli o 1,9 proc. mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Wydano natomiast ponad 120 tys. pozwoleń na budowę, czyli o 14,8 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2013 roku, kiedy odnotowano spadek o nieco ponad 18 proc. Wzrosła także (do ponad 114,5 tys., czyli o 17 proc.) liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, wobec spadku przed rokiem o 16,2 proc.

Następny rok ? zdaniem Kuniewicz ? powinno być równie dobry pod względem sprzedażowym. Nie należy spodziewać się ani załamania sprzedaży, ani gwałtownej hossy.

? Wszystko wskazuje na to, że będziemy mieli spokojny, dobry rok sprzedażowy z powoli rosnącą podażą ? przekonuje Katarzyna Kuniewicz. ? Mamy przygotowane do wprowadzania na rynek nowe projekty deweloperów, którzy wcześniej przetestowali bardzo różne realizacje, jeśli chodzi o segmentację, lokalizację, odbiorców itp., oraz takich, którzy wychodzili z Warszawy jako swojego pierwszego rynku na zewnątrz z sukcesem.

Jak podkreśla, po stronie popytowej uruchomiły się wszystkie grupy: od najniższej, która kwalifikuje się do programu Mieszanie dla Młodych, po inwestorów, który lokują w mieszkania oszczędności i kapitał.

Zwiększenie od stycznia na skutek rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego wymaganego przez banki wkładu własnego podczas ubiegania się o kredyt hipoteczny do 10 proc. nie powinno wpłynąć na zmniejszenie popytu.

? Sposób wdrażania rekomendacji był znany od dawna, więc wydaje się, że mamy do czynienia z zaakceptowanym przez wszystkie strony popytu i podaży faktem ? ocenia Kuniewicz. ? Już w br. bardzo trudno było uzyskać kredyt, mając tylko 5 proc. wkładu własnego. 10 proc. jest racjonalnym wymaganiem i nie ma najmniejszych wątpliwości, że to dobra rekomendacja.

Program MdM pomoże nabywcom, którzy najbardziej odczują zwiększenie wkładu własnego podczas zaciągania kredytu. Obecnie w Warszawie kwalifikują się do niego mieszkania, których cena nie przekracza 6 583,1 tys. zł za metr kwadratowy.

? Mamy grupę osób, których nie stać na inną nieruchomość niż ta, która jest poniżej limitu ? wskazuje Kuniewicz. ? MdM rozwiązuje niejako ten problem. Jeżeli takie było założenie programu, to chylę czoła, bo tak to właśnie zadziała. Grupa, która zostanie najbardziej uderzona większym wkładem własnym, uzyska wsparcie i to nie hipotetyczne, lecz rzeczywiste, w momencie kupowania mieszkania.

Program powinien w dalszym ciągu wspierać sprzedaż, tym bardziej jeśli limity będą rosły. Jak podkreśla ekspertka, w takiej sytuacji możliwa jest powtórka wyniku ponad 16 tys. sprzedanych mieszkań na rynku warszawskim.

Polski rynek, jak zauważa Kuniewicz, ma za sobą bardzo trudny okres po kryzysie 2009 roku. Pozostały na nim przedsiębiorstwa doświadczone, które obecnie zachowują się bardzo spokojnie.

? Wydaje się, że mamy teraz najlepszą fazę na rynku, który jest przecież cykliczny, jesteśmy teraz w górnych limitach popytowych ? zauważa Katarzyna Kuniewicz. ? Jak zwykle najciekawsze jest to, jak długo potrwa dobry okres. Bo to, że popyt nie będzie tylko rosnąć, jest pewne. Kto tego faktu nie akceptuje, nie powinien działać na rynku mieszkaniowym.

Od 2015 r. zakup mieszkania na kredyt z 10-proc. wkładem własnym

Po 1 stycznia zaciągnięcie kredytu na zakup mieszkania będzie wymagało 10-proc. wkładu własnego. Odsetek ten będzie stopniowo wzrastał do 2017 roku, co ograniczy grupę osób, które stać na własne mieszkanie. Tym samym będzie rósł rynek wynajmu ? oceniają eksperci. I podkreślają, że to dobry czas na inwestycje w lokale na wynajem. Stopa zwrotu może sięgać średnio 10 proc. rocznie.

? Zmiany socjologiczne w społeczeństwie sprawiają, że zapotrzebowanie na nieruchomości na wynajem będzie rosło. Mamy coraz więcej emigrantów, a ze względu na potrzebę bycia mobilnym wielu ludzi pragnie mieszkać w mieszkaniach wynajętych, a nie własnych ? mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Kaźmierczak, prezes zarządu Mzuri CFI1, spółki zajmującej się grupowym inwestowaniem w nieruchomości.

Czynnikiem hamującym hossę na rynku transakcji kupna nieruchomości będzie Rekomendacja S Komisji Nadzoru Finansowego, która od 1 stycznia 2015 r. wprowadza konieczność posiadania 10 proc. wartości nabywanego lokalu (w 2014 roku było to 5 proc.) Warunek wpłaty własnych środków będzie stopniowo rósł o 5 proc. co roku, aż do osiągnięcia 20 proc. w 2017 r. Przepis mający na celu wzrost bezpieczeństwa kredytobiorców, może wpłynąć na słabnący rynek kupna-sprzedaży i zwrócić uwagę klientów na możliwość wynajmu.

Jak podkreśla Artur Kaźmierczak, do 10-proc. obowiązkowego wkładu własnego klient musi doliczyć jeszcze koszty transakcyjne, takie jak podatek od czynności cywilno-prawnych, taksę notarialną i być może prowizję. Wtedy finalne koszty mogą wynieść nawet 15 proc. wartości mieszkania.

? To w naturalny sposób sprawia, że części osób, które chciałyby kupić mieszkanie, nie będzie na to stać, więc będą wynajmować ? podkreśla Kaźmierczak.

To z kolei może być dobrym prognostykiem dla rynku wynajmu, a tym samym dla osób, które są zainteresowane inwestycją w lokal do wynajęcia.

? Wydaje się, że 2015 rok będzie dobrym rokiem na rynku nieruchomości. Już w połowie tego roku było widać, że rynek pierwotny ruszył, deweloperzy przyspieszyli sprzedaż i rozpoczynają nowe inwestycje. Za rynkiem pierwotnym pójdzie rynek wtórny, bo zawsze mieszkania używane podążają cenowo za mieszkaniami nowymi i wydaje się, że będzie spory napływ kapitału na ten rynek w związku z bardzo niskim poziomem stóp procentowych. Trudno jest znaleźć inną tak bezpieczną i  jednocześnie przynoszącą tak dobry zwrot inwestycję ? tłumaczy prezes Mzuri CFI1.

Ceny nieruchomości i ewentualne stopy zwrotu różnią się w zależności od miasta. Jak wyjaśnia Kaźmierczak, Warszawa ma najdroższe nieruchomości i oferuje relatywnie niskie stopy zwrotu, ale za to jest rynkiem bardzo bezpiecznym.  Kraków i Łódź oferują znacznie wyższe stopy zwrotu przy tańszych cenach obiektów, a jednocześnie relatywnie ustabilizowanym rynku.

Według branżowego serwisu PolishProperty.eu prognozowana przeciętna rentowność z inwestycji w nieruchomości na wynajem w Polsce w 2014 r. wyniesie 4,15 proc. netto. Dane jednak uwzględniają ryzyko, że przez 1,5 miesiąca mieszkanie pozostanie niewynajęte. Eksperci wskazują na najwyższy zwrot z inwestycji spośród dużych miast we Wrocławiu (4,71 proc.), a najniższy w Łodzi (4,08 proc.). Warszawa plasuje się w środku stawki z wartością 4,47 proc. przeciętnej rentowności z inwestycji, którą właściciel oddaje w najem.

Mzuri CFI1 powstało z myślą o osobach, których nie stać na zakup nieruchomości w celu np. jej wynajmu. Nasza oferta skierowana jest do inwestorów, którzy posiadają kilkadziesiąt tysięcy złotych w portfelu ? tłumaczy Kaźmierczak. ? Mamy ambicję, aby osiągać rocznie 10 proc. stopy zwrotu przed opodatkowaniem, jest to realistyczny cel przy selektywnym wyborze nieruchomości ? przekonuje.

Firma pozwala na lokowanie środków w nieruchomości i działa na wzór funduszu inwestycyjnego. Jeden inwestor nie może objąć w spółce udziałów większych niż 80 tys. zł. Jednocześnie jej udziałowcem można zostać, wpłacając już 10 tys. zł. Mzuri CFI1 zamierza poszukiwać nieruchomości w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców. Najlepiej w atrakcyjnym położeniu i kiepskim stanie. Po ich wyremontowaniu poszczególne mieszkania w kamienicy mają być sprzedawane po konkurencyjnych cenach. Prezes podkreśla, że spółka będzie potem dzielić się zyskami ze wspólnikami. Nabór do pierwszej inwestycji potrwa do końca 2014 roku.

Banki będą chętnie udzielać kredytów.

Bank Millennium prognozuje rozwój akcji kredytowej i to zarówno wśród firm, jak i klientów indywidualnych. Jednych i drugich powinny zachęcić stabilny rozwój gospodarczy i niskie stopy procentowe, które ograniczają koszty kredytu. Niższe oprocentowanie nie odstrasza klientów od depozytów, które rosną nawet szybciej niż kredyty.

? Efekt rekordowo niskich stóp procentowych nie jest odczuwalny od razu, ale my się go jednak spodziewamy ? twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Artur Kulesza, dyrektor Departamentu Relacji Inwestorskich w Banku Millennium. ? Pobudzenie popytu na kredyty jest celem polityki pieniężnej Narodowego Banku Polskiego.

W porównaniu z innymi krajami akcja kredytowa w Polsce nie wygląda źle. Według Narodowego Banku Polskiego należności banków od sektora niefinansowego (głównie przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe) po październiku br. wyniosły łącznie 887,9 mld zł i w ciągu roku wzrosły o około 5 proc.

? Wiele krajów zazdrości nam tak pozytywnej dynamiki, choć my przyzwyczailiśmy się do dwucyfrowych wzrostów ? wskazuje Kulesza. ? Spodziewamy się jednak rocznego wzrostu kredytów, szczególnie ze strony przedsiębiorstw. One na pewno powinny odczuć skutki polityki NBP i generować popyt na kredyt, również inwestycyjny, co będzie się wiązać również ze spodziewaną poprawą sytuacji gospodarczej.

W stabilnym otoczeniu gospodarczym firmy chętnie rozpoczynają nowe inwestycje, na które potrzebują finansowania z zewnątrz. Według prognoz Banku Millennium Polska powinna uniknąć zagrożeń, jakie pojawiają się lub są prognozowane w gospodarkach europejskich.

Także wśród gospodarstw domowych powinien pojawić się większy popyt na kredyty.

? Obniżka stopy kredytu lombardowego wpływa na znaczną część kredytów konsumenckich, więc gospodarstwa natychmiast odczują mniejszy koszt finansowania, co powinno niektóre z nich zachęcić ? tłumaczy Kulesza. ? Ale również banki będą miały możliwość udzielania większej kwoty takich kredytów. Zdolność kredytowa wielu gospodarstw rośnie w oczach banków. Spadają bowiem koszty z nim związane. Powinno to spowodować wzrost akcji kredytowej.

Jak wynika z danych NBP, w III kwartale banki nieznacznie złagodziły kryteria kredytowe dla przedsiębiorstw, z wyjątkiem kredytów długoterminowych dla małych i średnich firm. W prognozach na IV kwartał bankowcy spodziewali się istotnego złagodzenia kryteriów dla MŚP i wzrostu popytu, w szczególności na kredyty długoterminowe. Podobne prognozy dotyczyły rynku kredytów konsumpcyjnych.

Niskie oprocentowanie, które może zachęcać do zadłużania się, nie sprzyja z kolei oszczędzającym w bankach. Popularne w Polsce depozyty dają zarobić ok. 2 proc. w skali rocznej. Mimo obniżek oprocentowania depozytów jednak przybywa. Po październiku br. zobowiązania banków wobec sektora niefinansowego wyniosły 821 mld 556 mln zł i były o 8,3 proc. wyższe niż w tym samym momencie ubiegłego roku.

? W tym roku depozyty rosną szybciej niż kredyty, więc nawet jeżeli stopa wzrostu depozytów trochę spowolni, to w dalszym ciągu nie widzę żadnych zagrożeń, że zabraknie nam środków na finansowanie tej spodziewanej rosnącej akcji kredytowej. Sytuacja płynnościowa sektora bankowego poprawiła się ostatnio, choć w zasadzie ona zawsze była dobra ? mówi Artur Kulesza.

Mimo popularności depozytów banki rozwijają ofertę alternatywnych form inwestowania oszczędności.

? Millennium ma już bardzo szeroką gamę różnych produktów związanych z funduszami kapitałowymi i ubezpieczeniami czy produkty strukturyzowane oparte o różne indeksy, nie tylko oprocentowane stałą stopą ? zachwala Kulesza. ? Szczególnie dla klientów zamożniejszych mamy większą gamę produktów.

2015 będzie rokiem mocnego dolara i słabego euro. Złoty ma być stabilny

Na rynku walutowym w przyszłym roku spokojnie raczej nie będzie. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że dolar podrożeje, euro potanieje, a frank szwajcarski pozostanie stabilny. Złoty będzie silny wobec euro, natomiast za dolara będzie trzeba zapłacić więcej.

Notowania najpotężniejszych walut świata,czyli euro i dolara, powiązane są bezpośrednio z działaniami banków centralnych, które je emitują. Jako że gospodarka amerykańska jest w coraz lepszej kondycji, zarząd Rezerwy Federalnej powoli odchodzi od polityki łatwego pieniądza. Skup obligacji w ramach programu pomocowego QE3 został zakończony i rynki czekają na podwyżkę stóp. Po ostatnich dobrych danych z amerykańskiego rynku pracy znów powróciły oczekiwania na podwyżkę w lipcu 2015 r.

W strefie euro natomiast przeciwnie, szef EBC Mario Draghi poinformował, że możliwe jest rozpoczęcie skupu obligacji skarbowych, o ile zainteresowanie drugą transzą tanich pożyczek długoterminowych (TLTRO) dla banków ponownie będzie mniej niż umiarkowane, jak miało to miejsce we wrześniu. Rynek przekona się o tym już w czwartek, 11 grudnia.

? Uważamy, że oczekiwania co do przyszłorocznych podwyżek stóp procentowych przez Rezerwę Federalną będą wspierały dolara amerykańskiego ? mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Zembik, specjalista Forex-University. ? Natomiast słabość euro i rozbieżność polityki prowadzonej przez Mario Draghiego i Janet Yellen powinny powodować, że eurodolar będzie testował coraz niższe minima. Zmierzamy w kierunku 1,22-1,20  w najbliższym roku.

Polski złoty ma pozostać stabilny. Nasza gospodarka utrzymuje przyzwoite tempo wzrostu, nadal przekraczające 3 proc. Rośnie popyt wewnętrzny i inwestycje, nieźle ma się eksport. To oznacza, że w relacji do innych walut na kurs złotego wpływ będą miały w mniejszym stopniu wydarzenia krajowe, a w większym zmiany na światowych rynkach walutowych.

? Myślę, że w relacji do euro polska waluta pozostanie stosunkowo silna ? ocenia Łukasz Zembik. ? W przypadku dolara amerykańskiego myślę, że będziemy szli na wyższe poziomy i osoby, które posiadają kredyt w dolarach, niestety będą musiały zapłacić większą ratę kredytu. Również w stosunku do dolara uważam, że polska waluta będzie się osłabiać.

Więcej Polaków ma jednak kredyty ze zmiennym oprocentowaniem (głównie hipoteczne) we frankach. Tu analitycy mają dla kredytobiorców dobre wiadomości. Po zamieszaniu ze ?złotym? referendum na rynek szwajcarski wraca spokój. Frank zgodnie z polityką tamtejszego banku narodowego od trzech lat zmienia się w stosunku do euro w niewielkim zakresie, rynkowo usiłuje się bowiem umacniać, ale polityka SNB nie pozwala mu umocnić się do poziomu poniżej 1,20 franka za euro. W przyszłym roku nie należy tu oczekiwać rewolucji.

? Osoby, które chcą inwestować na rynku walutowym i chcą inwestować w waluty o niższej zmienności, bardziej stabilne, powinny wybierać franka szwajcarskiego i parę walutową EUR/CHF ? uważa specjalista Forex-University. ? Mimo wszystko interwencja banku Szwajcarii i obronienie poziomu 1,20 będą istotne i będą tę parę walutową utrzymywały w takich widełkach.

Znacznie mniej stabilnie mogą się zachowywać natomiast waluty państw, które są bogate w surowce.

Inwestując w dolara australijskiego czy nowozelandzkiego, musimy brać pod uwagę to, jak zachowują się surowce, bo te waluty są mocno skorelowane chociażby ze złotem ? zwraca uwagę Łukasz Zembik z Forex-University. ? Jeżeli inwestujemy w rubla, który od początku roku został przeceniony w stosunku do dolara amerykańskiego o ponad 60 proc., musimy dość mocno spoglądać na rynek ropy, jeżeli oczekujemy większej zmienności. Podobnie ma się rzecz z koroną norweską czy dolarem kanadyjskim.